Glina, nasz przyjaciel
Dodane przez POLIVE dnia Grudzień 31 2008 20:32:02
Policjant to nasz przyjaciel, a nie wróg – starają się przekonać Polaków szefowie komisariatu na Ealingu. Choć dzielnicę zamieszkuje wielu naszych rodaków, rzadko kiedy zgłaszają przestępstwa. – Nie wierzymy, że nic złego im się nie dzieje – mówią policjanci.
Rozszerzona zawartość newsa

www.dziennikpolski.co.uk
Policjant to nasz przyjaciel, a nie wróg – starają się przekonać Polaków szefowie komisariatu na Ealingu. Choć dzielnicę zamieszkuje wielu naszych rodaków, rzadko kiedy zgłaszają przestępstwa. – Nie wierzymy, że nic złego im się nie dzieje – mówią policjanci. Szefowie policji z Ealingu zaprosili dziennikarzy polskich gazet, aby od kuchni pokazać pracę posterunku i udowodnić, że nie ma się czego obawiać. Gdyby jednym zdaniem podsumować dotychczasową współpracę Polaków z brytyjską policją, należałoby powiedzieć: im mniej policjant o nas wie, tym lepiej. Wciąż mamy opory przed rozmawianiem z mundurowymi. Odmawiamy zeznań nawet jeśli padliśmy ofiarą przestępstwa. Nie pomagają nawet polscy policjanci, coraz częściej przyjmowani do służby. Policja rozkłada ręce – nie zatrzymamy sprawcy, dopóki nie zażąda tego pokrzywdzony.
Znowu ten alkohol
Ian Jenkins, starszy inspektor z komisariatu na Ealingu przyznaje, że jesteśmy specyficzną grupą społeczną. Z jednej strony Londyn zamieszkują dziesiątki tysięcy Polaków od czasów wojennych, którzy tutaj się wychowali i rozumieją, co się dzieje wokół nich. Z drugiej przyjechały tysiące młodych osób, których nikt nawet nie jest w stanie policzyć.
Wciąż przyjeżdżają i wyjeżdżają, w zależności od tego, czy złapią jakąś robotę i nie zdążyli poznać jeszcze tutejszych zwyczajów. – Wiem, że to są znakomici fachowcy, bardzo ciężko pracują i czasami muszą to odreagować. Ale ciężka praca nie zwalania ich od łamania prawa czy naruszania tutejszych obyczajów – mówi inspektor Jenkins.
I choć podkreśla, że jest daleki od rozpowszechniania stereotypów, to wciąż największym problemem wśród Polaków jest alkohol. Nie dość, że przywykliśmy spożywać go w miejscach publicznych, to często dochodzi po nim do bójek. Ale zmorą mundurowych są też pijani kierowcy.
– Rozumiem, że po ciężkim tygodniu należy się relaks. Miło spotkać się ze znajomymi na piwko, ale Brytyjczycy zwykli to robić w pubach – tłumaczy Ian Jenkins. – Domowa impreza ogródku czy libacja w parku jest dla nas czymś zupełnie dziwnym. Możecie być pewni, że sąsiedzi prędzej czy później chwycą za słuchawkę i do nas zadzwonią.
Jakie konsekwencje grożą nam, gdy będąc z butelką w ręku natkniemy się na policjanta? Najprawdpodobniej zapyta nas, dlaczego tutaj pijemy, a potem wytłumaczy, że jest to zabronione. Ale jeśli nie posłuchamy, grozi nam grzywna wysokości 50 funtów.
– Jestem Polakiem, ale nie dziwię się Brytyjczykom – mówi Piotr Głogowski, rzecznik policji z Ealingu. – W pobliżu mojego domu czasami można znaleźć więcej puszek po piwie niż w pobliskim Sommerfieldzie. A nie każdy chce znosić taki widok – przekonuje.
– Czy picie na ulicy jest częścią waszej kultury? – dopytywał inspektor Jenkins. Dziennikarze przytaknęli, dając do zrozumienia, że w kraju jest to dosyć powszechne zjawisko.
– Ale nie mogę się nadziwić, gdy o siódmej rano w metrze czuję od robotnika woń alkoholu. A co dopiero pomyśleć, że jedzie on do pracy – szef policji nie krył zdumienia.
Wiedzą, co nas męczy
Problemy alkoholowe to tylko jedna strona medalu, choć najbardziej rzucająca się w oczy. Policjantów bardziej martwi to, czego gołym okiem nie widać. Jak się domyślają, Polacy prawdopodobnie padają ofiarami przestępstw równie często jak inne narodowości. Niestety statystyki tego nie odzwierciedlają.
– Regularnie organizujemy pikniki policyjne, gdzie można z nami luźno i swobodnie porozmawiać – opowiada Maciej Mielcarek, polski oficer z Ealingu. – Jeden z nich odbył się w Acton Park. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, ile nas męczy spraw. Ludzie nawet nie wiedzieli, jak zgłosić kradzież czy pobicie, albo po prostu uważali, że policja i tak niewiele im pomoże. Jak przyznają policjanci, jeśli nawet jeśli ktoś pójdzie na komisariat, nie zawsze decyduje się złożyć oficjalne zawiadomienie. Zniechęcają się, gdy trzeba to zrobić pod własnym nazwiskiem i ujawnić adres zamieszkania.
Inspektor Ian Jenkins: – Niektóre narodowości wolą wolą rozwiązywać problemy we własnym zakresie. Ktoś nas pobił w poniedziałek, to oddamy mu we wtorek albo środę. Ale to nie jest właściwa droga do załatwiania porachunków.
Co ciekawe, o wielu incydentach policjanci dowiadują się od osób trzecich – na przykład pracowników Councilu, z którymi mamy częstszy kontakt i darzymy większym zaufaniem.
Dla szefów policji takie zachowanie nie jest nowym zjawiskiem. Jak mówią, obserwowali coś takiego już w latach 60-tych, gdy do Londynu przyjeżdżali Azjaci. Przez jakiś czas byli największą grupą emigrantów. – Udało ich się przekonać do współpracy, choć jest to proces długotrwały i potrzeba lat, by coś się zmieniło – mówi Ian Jenkins.
Jest coraz bezpieczniej
Komisariat na Ealingu zajmuje czwarte miejsce w rankingu najbardziej zapracowanych posterunków w Londynie. Pracuje tutaj 1100 funkcjonariuszy i jak sami mówią, ciężko znaleźć ciche i spokojne miejsce w tym budynku. Służbę pełni też tutaj czterech Polaków. Polski policjant jest w dzisiejszych czasach na wagę złota. Nasi rodacy wchodząc na komisariat od razu domagają się rozmowy ze „swoim” oficerem. Potrafią przyjeżdżać z innych części miasta, a nawet są tutaj odsyłani przez służby konsularne.
Jednak Ian Jenkins jest ostrożny: – Nie gwarantujemy, że za każdym razem uda się porozmawiać z polskim policjantem. Ludzie muszą przyjąć do wiadomości, że mieszkając w Anglii powinni uczyć się angielskiego.
Mimo to przyznaje, że dzwoniąc na policję można prosić o połączenie z tłumaczem. Mimo to apeluje, by korzystać z tej możliwości tylko w nagłych przypadkach, gdy zagrożone jest czyjeś życie. – Kosztuje nas to ogromne pieniądze. Ale przecież dzwoniąc pod 999 możemy poprosić o pomoc kogoś, kto lepiej od nas mówi po angielsku.
Jeśli sprawa nie dotyczy pilnej interwencji, przestępstwo można zgłosić nawet przez internet. Wystarczy usiąść do komputera i spokojnie opisać to, co nas gniecie.
Próbowaliśmy zapytać inspektora o najgorsze miejsce na Ealingu, od którego lepiej trzymać się z daleka. Policjant nie chciał jednoznacznie powiedzieć, gdzie jest niebezpiecznie. – Ofiarą przestępstwa możemy paść wszędzie. Ale w ostatnim roku na Ealingu przestępczość spadła o 15 procent, a tendecję spadkową obserwujemy od pięciu lat. Szansa, że staniecie się ofiarami, jest coraz mniejsza.
Rzecznik policji Piotr Głogowski uspakaja: – Ealing może się pochwalić niezwykle szybkim dojazdem radiowozów na miejsce interwencji. Średni czas to dwie minuty – podsumowuje.