Angielski numer po polsku
Dodane przez POLIVE dnia Grudzień 31 2008 11:45:48
Polski spryt i umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji, to już powszechnie znana marka. Czy rzeczywiście „Polak potrafi”? Śledząc „dokonania” niektórych młodych polskich imigrantów mieszkających w UK naprawdę trudno temu stwierdzeniu zaprzeczyć.
Rozszerzona zawartość newsa

www.dziennikpolski.co.uk
Polski spryt i umiejętność odnalezienia się w każdej sytuacji, to już powszechnie znana marka. Czy rzeczywiście „Polak potrafi”? Śledząc „dokonania” niektórych młodych polskich imigrantów mieszkających w UK naprawdę trudno temu stwierdzeniu zaprzeczyć. Kombinuje już nie tylko ubrany w dres Kowalski, który wyjechał z kraju w trosce o swoją wolność, ale także dotąd uczciwy i ciężko pracujący Nowak. Dopóki na Wyspach będą ku temu możliwości, dopóty polska „przedsiębiorczość” pozostawać będzie poza wszelką konkurencją.
Tomek mieszka w Anglii od trzech lat. Ma dochodową pracę, samochód i długi w postaci rachunków do zapłacenia. Jak mówi – mogą one jeszcze długo poczekać. „A jak nie będę miał humoru, to w ogóle nie zapłacę.” – dodaje z rozbrajającą szczerością. Nim jednak przyjrzymy się tym wierzytelnościom, opowie nam o swoim domu, w którym oficjalnie mieszka ktoś inny.
Dobry „słup” nie jest zły
„Jak chcesz wynająć lepszą chałupę, to często – gęsto trzeba pogłówkować. Jeżeli nie masz stałej pracy i do tego twoja historia kredytowa jest nie najlepsza, to możesz sobie ładny domek wybić z głowy. Tak było w moim przypadku, gdy rozkręcałem się w Anglii. Ale jeśli masz łeb pośrodku i dobrych znajomych, wszystko da się załatwić. Wynajmujesz na ich papiery i po sprawie. Czy to od osoby prywatnej, czy też przez agencję, metoda zawsze ta sama. Ktoś podpisuje umowę, a mieszkasz ty. Potem tylko parapetówa i wszyscy są zadowoleni. Sam widzisz – nic trudnego. Wystarczy dobry „słup” i po kłopocie” – mówi chłopak.
„Nie on pierwszy i nie ostatni. Też tak zrobiłem. Polak zawsze sobie poradzi.” – dodaje Bartek, który również skorzystał z pomocy podstawionych osób.
Wróćmy jednak do Tomka, który otrzymał właśnie korespondencję z wierzytelnością za gaz.
„ Rachunek? Zapłacimy, jak nam się zechce”
Tej osobliwej maksymie nasz „bohater” i jego narzeczona Ewa hołdują od dawna. Prócz kilkuset funtów, które przesyłają co miesiąc na konto landlorda, za nic innego nie płacą. Nie oznacza to jednak, że w domu naszej dwójki odłączone są wszystkie media. Ależ skąd! Chłopak właśnie przyszedł z pracy, wziął prysznic i wygodnie rozsiadł się przed telewizorem.
- Jak to możliwe, że od ponad siedmiu miesięcy nie uregulowałeś żadnego z nadesłanych rachunków? – pytam zaciekawiony.
- „Stary, jak mamy płacić faktury wystawiane na inne nazwisko? Nie do mnie – odkładam – proste. Zobacz, ile makulatury uzbierałem.” – podaje mi kilkanaście listów z rachunkami. „To za gaz, prąd i wodę, a telewizor? – trzeba być idiotą, żeby go rejestrować.”
Przeglądam korespondencję Tomka. Rzeczywiście na listach figuruje inne nazwisko. Podając dane osoby na którą będą przesyłane rachunki, chłopak celowo zmienił jedną z liter, przez co w systemach „British Gas” i „Anglian Water” znajduje się zupełnie inny klient. „Paru ‘kanarów’ w Polsce tak wykiwałem, jak chcieli mnie ‘skasować’ za jazdę bez biletu. Dowodziku nie ma, więc wierzyli na słowo. Najpierw jeden a potem drugi, któremu powtarzałem te same dane niby dla weryfikacji, czy mówię prawdę. System rachunkowy w Anglii oparty jest na zaufaniu, dlatego możesz zadzwonić i podać im dane z kosmosu. A skoro chcą od ciebie tylko imię i nazwisko, to orzesz jak możesz” – rzuca od niechcenia Tomek.
„Niesamowity bałagan. Naszego nowego mieszkania w ogóle nie mają w rejestrze „Anglian Water”, więc korzystamy z wody za darmo. Bądź tu uczciwy i wydzwaniaj do nich, żeby to wszystko wyprostować. Próbowałam trzy razy i już sobie odpuszczę. Nie mają chaty w systemie, to i dobrze. Nikt nie będzie przecież na siłę wyprowadzał ich z błędu.” – mówi Iza
„Po co się frajerzyć, wystarczy pomyśleć. Dobrze zamotasz i nie ma konsekwencji.” – twierdzi wspomniany wcześniej Tomek. „W Polsce to nie do pomyślenia – dawno by nam wszystko odłączyli. Nie płacisz – gotujesz na butli i siedzisz przy świeczkach. Tutaj, po pierwsze: nikt ci nic nie odłączy, a po drugie: zanim narosną ci długi, którymi ktoś się zajmie – ty już mieszkasz w innym miejscu. A oni ścigają ducha – kontynuuje zadowolony ze swojej „pomysłowości” chłopak.
„Jak przyjdzie komornik to my tu oficjalnie nie mieszkamy. Dwóch naszych „słupów” już dawno wyjechało z Anglii, a trzeci ma tą chałupę daleko w poważaniu. Współczuję tylko tym, którzy wprowadzą się po nas. Nie podłączą im tu nawet Internetu, bo mieszkanie jest już ‘spalone’. Tylko gdzie tu logika? Jak można obarczać odpowiedzialnością za długi mieszkanie – nie mieszkańców? Ale co tam, nam to na rękę, czyż nie?” – ironizuje dziewczyna Tomka.
Na tym nie kończy się polska „pomysłowość”. Po mieszkaniowym kołowrotku, czas na handlowe zawirowania i kolejny „angielski numer po polsku”.
Tu weźmiesz, tam sprzedasz – nie spotka cię bieda
Z Wojtkiem umówiłem się w centrum Northampton. Usiedliśmy na ławce a on opowiedział mi to i owo o polskim „roztargnieniu” i „pechu”, które nękają naszych rodaków w UK. Po chwili rozmowy nie dziwiło mnie już, że to właśnie on – pracownik salonu sprzedaży telefonów komórkowych, wie na ten temat tak dużo.
„To już standard. Młodzi Polacy biorą telefon na kontrakt i oczywiście od razu ubezpieczają nowe cacko. Po paru tygodniach zgłaszają kradzież telefonu, który w ramach ubezpieczenia, za dopłatą kilkudziesięciu funtów – zastępowany jest nowym. W grę wchodzą zwykle najnowsze modele, dlatego też zgłaszanie fikcyjnej kradzieży jest bardzo opłacalne.” – mówi Wojtek
Jaki interes można zrobić na „pechowej stracie” telefonu i dopłacie za nowy aparat – sprawdziłem odwiedzając popularnego „ebay’a” oraz kilka punktów sprzedaży telefonów komórkowych w Polsce.
Ceny najnowszych modeli osiągają tam nawet równowartość średniej polskiej pensji. Po odliczeniu kosztów jakie ponieść musi „poszkodowany” klient, na sprzedaży aparatu może on zarobić przynajmniej kilkaset złotych.
„Mój ‘zginął’ mi po dwóch tygodniach. Za nowy zapłaciłem pięćdziesiąt funtów, a ‘skradziony’ ‘ożeniłem’ w Polsce za równowartość stu pięćdziesięciu funtów. Nie musiałem nawet martwić się ‘simlockiem’, bo tam gdzie go sprzedałem usunęli go za to 50 zł. Tak, czy siak na urlopie wpadła dodatkowa kasa a ja i tak mam nowy telefon z ubezpieczenia. Możesz być pewien, że robią tak wszyscy. Dają, to trzeba brać.” – mówi Grzesiek, klient brytyjskiej sieci „O2”.
„Razem ze mną w salonie pracuje jeszcze paru rodaków. Żartujemy czasem, że większość telefonów w Polsce pochodzi z Anglii i przeważnie wywożą je stąd takie ‘kwiatki’, którym ‘zginął’ już niejeden aparat – wyjątkowi ‘pechowcy’. Ale największym przekrętem są wielokrotne wyłudzenia. Gość podpisuje kontrakty z kilkoma operatorami w przeciągu tygodnia. Zawsze przez pośrednika, nigdy bezpośrednio u operatora. Po czym po wakacjach w UK wraca do Polski wraz z telefonami, mając rachunki daleko gdzieś.” – kontynuuje Wojtek.
„Słyszałam o tym, dlatego tym bardziej zirytowana jestem tym co mnie spotkało. Chciałam podpisać nową umowę – niestety nie udało się. Jak się okazało nie obchodził nikogo mój „credit check”, lecz długość mojego pobytu w Anglii. Dowiedziałam się, że kontrakt mogę podpisać dopiero po trzech latach spędzonych w UK. Kompletny idiotyzm! Jak widać pierwszy, lepszy cwaniaczek może dostać telefon gdzie chce, a pracujący uczciwie człowiek musi udowadniać, że nie ma złych zamiarów. Chcą walczyć z naciągaczami, to niech sprawdzają dobrze klienta, a nie wymyślają głupawe zasady. Tak, jakbym po trzech latach nie mogła już ich oszukać. W Londynie nie dostałam telefonu w dwóch miejscach, zaś mój znajomy który przyjechał do Anglii kilkanaście miesięcy temu, dostał go bez problemu. Mało tego, zerwał kontrakt i wrócił sobie do Polski ” – nie kryje zdziwienia Ania.
„Podpisałem półtoraroczną umowę na dwa telefony – mój i żony. Po ośmiu miesiącach postanowiliśmy wrócić do Polski. Gdy dowiadywałem się o warunki zerwania kontraktu, okazało się, że naliczono by nam za to bajońską sumę. Za resztę miesięcy – do końca umowy – gotowi byliśmy zapłacić, ale dodatkowe koszty za zatrzymanie telefonu i zerwanie kontraktu znacznie przewyższyły nasze możliwości. To było kilkaset funtów więcej niż abonamenty za kolejnych dziesięć miesięcy. Polka, z którą rozmawialiśmy w jednym z salonów pośredniczących w sprzedaży, po cichu podpowiedziała nam, żeby sprawę po prostu olać. Tak też zrobiliśmy, zatrzymując oczywiście telefony.” – mówi Radek, znajomy Ani. Czy to możliwe? – pytam mojego rozmówcę Wojtka.
„Niestety tak. Choć nigdy bym takiej rady nie udzielił. Żenuje mnie to polskie cwaniactwo. Ale rzeczywiście, gdy bierzesz telefon u pośrednika (np. „Phones for you”, „Carphone Warehouse”), to w podobnych przypadkach dział windykacji twojego operatora nie może ci za wiele zrobić. Jedynie odłączyć od sieci. Informacje jakie mają, to twoje nazwisko i brytyjski adres, którego nie są w stanie zweryfikować. Dane zaś z dowodu, czy paszportu są automatycznie usuwane podczas transakcji w salonie pośrednika i nie trafiają nigdzie dalej. O tym niestety niektórzy wiedzą, toteż i ja nie zdradzam ci jakiejś szczególnej tajemnicy. Znam Polkę, która podpisując z klientem umowę, sama doradza przeróżne akcje. Pracuje pod drugiej stronie ulicy.”
„Worek bez dna”…
Jeżeli ktoś jeszcze myśli, że pomysłowość polskiego imigranta skończyła się na chicagowskim Polonusie, który dzwoniąc do kraju używał zawieszonej na nitce ćwierćdolarówki, to jest w dużym błędzie. Młodzi „przedsiębiorczy” Polacy z UK potrafią znacznie więcej. I choć w niektórych kwestiach spotykają już pewne utrudnienia (wykrywacze kłamstw w niektórych ‘councilach’ uniemożliwiające wyłudzanie zasiłków), to z całą pewnością długo jeszcze nie dadzą o sobie zapomnieć. Warunki ku temu są wciąż sprzyjające, zaś worek z pomysłami naszych „zaradnych” rodaków zdaje się nie mieć dna.
PS. Niektóre z imion bohaterów reportażu zostały zmienione.
Autor: Michał Opolski, dziennikpolski.co.uk