26 stycznia 2009 to pierwszy dzień Chińskiego Nowego Roku. Będzie on obchodzony, zgodnie z londyńską tradycją, w pierwszy weekend po tym święcie; czyli w sobotę 31 stycznia i niedzielę 1 lutego. Ale jeszcze przez wiele dni, przed i po, będziemy mogli obejrzeć czerwone, radosne lampiony rozświetlające Gerrad Street.
ChinatownPierwsze, oryginalne, londyńskie Chinatown znajdowało się w East End, w pobliżu doków portowych należących do East India Company. To olbrzymie przedsiębiorstwo transportowe zatrudniało tysiące Chińczyków, z których część, po zejściu na ląd, zdecydowała się osiedlić w okolicach Limehouse, było to około 200 lat temu. W roku 1914 na tym terenie działały już setki chińskich sklepików i jadłodajni, uczęszczanych głównie przez marynarzy – Chińczyków. Bardzo szybko stworzono enklawę narodowościową gdzie owi przybysze czuli się jak w domu.
Druga Wojna Światowa położyła jednak kres Chinatown w Limehouse. Dzielnica ta była bowiem niemal doszczętnie zbombardowana, zginęło wielu ludzi. Potem opustoszały i doki, zabrakło marynarskiej klienteli. Chińczycy z East End musieli więc szukać innego miejsca na swoją enklawę. Wybór padł na Gerrard Street jako ulicę kulinarnych nowości. Otworzono tam pierwsze chińskie restauracje dla Europejczyków i był to strzał w dziesiątkę. Powracający z Dalekiego Wschodu brytyjscy żołnierze nabrali tam apetytu na ciekawsze jedzenie niż ziemniaki z wołowiną. Przyprowadzali oni do tych nowych restauracji swoje rodziny i przyjaciół. Bardzo szybko okazało się, że klientów jest coraz więcej a chińskie jedzenie stało się przebojem. Oczywiście dostosowano je do smaku i gustu Brytyjczyków i pozbyto się dań kontrowersyjnych, wywołujących niechęć czy obrzydzenie. Liczba restauracji rosła i teraz nie uświadczymy już na Gerrad Street innych niż chińskie. Jeszcze kilka lat temu był tam samotny, angielski pub na rogu. Niestety, kiedy zajrzałam tam ostatnio i on stał się chińską restauracją...
Jedną z najstarszych i najciekawszych jadłodajni w Chinatown, o której warto wspomnieć, i na pewno warto się tam wybrać, jest „Wong Kei” na Wardour Street. Mieści się ona w pięknym secesyjnym budynku, z tablicą upamiętniającą jego otwarcie przez Sarah Bernard. Ale na tym się splendor i elegancja tego miejsca kończy. Nazwa „Wong Kei” pochodzi bowiem od bohatera opowieści ludowych, chińskiego „Robin Hooda”. I faktycznie przez bardzo wiele lat karmiła się tam miejscowa biedota. Obecnie jest to miejsce znane z najniższych cen w Chinatown i raczej szorstkiej obsługi. Stoły, chińskim zwyczajem, mogą pomieścić 12 osób, ale są i mniejsze. Restauracja mieści się na czterech piętrach, więc rzadko ustawiają się kolejki. Warto się tam wybrać dla autentycznej atmosfery i pysznego jedzenia w dużych porcjach podlanego winem, które chyba tylko jeszcze tam kosztuje poniżej 10 funtów od butelki...Uwaga jednak, zapłata wyłącznie gotówką.
Pokrzepieni chińskimi daniami możemy się udać na świętowanie Roku Bawołu. Zaczną się one, jak wspomniałam w sobotę 1 lutego. Od południa na scenie ustawionej na Trafalgar Square będą się odbywały tradycyjne noworoczne tańce. Obowiązkowy jest jak zwykle taniec smoka. Ta bestia jest dla Chińczyków nie tylko piękna, ale również jest uosobieniem nadnaturalnych mocy, godności, dobroci i urodzaju. Stąd też zwieńczenia wielu świątyń stanowią przepiękne smocze figury.
Na Trafalgar Square będą też stragany i budki z jedzeniem i materiałami promocyjnymi. Obok na Leicester Square planuje się pokaz fajerwerków i firecrackers, czyli strzelającego prochu. Taki proch to obowiązkowa część obchodów Nowego Roku. Na pewno zauważymy wiele dzieci strzelających tymi minipetardami. Wzięło się to ze starej legendy o potworze nian. Przez wiele lat nian porywał i pożerał ludzi z chińskich wiosek, aż w końcu jedna ze wsi postanowiła go pokonać. Zauważono, że potwora odstrasza czerwony kolor, stąd czerwone dekoracje. Kiedy nian nadszedł zaczęto też bić w bębny i rozpalono ogromne ognisko. Płonący bambus „strzelał” jak fajerwerki, potwór przerażony uciekał aż osłabł i tak go pokonali wieśniacy. Do dziś „guo nian”oznacza celebrowanie nowego roku, ale też i „przetrwanie ataku potwora nian”.
Rok BawołuDo uczczenia Nowego roku Chińczycy przygotowują się miesiąc wcześniej. Polega to głównie na spłaceniu starych długów i rozwiązaniu problemów. W czasie samego świętowania, które trwa około 9 dni należy przestrzegać kilku reguł. Trzeba umyć włosy, potłuc coś specjalnie, nie upuścić niczego na podłogę, nie wolno się kłócić oraz nie należy ubierać się na czarno. Poza tym wszyscy nieżonaci i niezamężne powinni obdarować dzieci w rodzinie i innych „niesparowanych” kopertami z pieniędzmi. Dawanie jest oznaką powodzenia i dobrobytu, a owe miłe cechy wynikają głównie z posiadania wysokiego konta. Stąd też chińskie życzenia noworoczne: „gong xi fa cai”, czyli gratuluję i życzę wiele bogactwa!
Rok 2009 to wedle chińskich horoskopów rok Bawołu. Ten niebieski „zwierzyniec” stał się bardzo popularny ostatnimi laty w Europie. Sami Chińczycy jednak traktują ten starożytny zwyczaj z przymrużeniem oka. Spełnia on jednak ważną funkcję socjalną. Niegrzecznie jest bowiem, jak i wielu innych kulturach, pytać rozmówcę wprost o wiek. W Chinach jest jednak przyjęte, że można zapytać pod jakim znakiem się urodził, i oczywiście, w ten sposób dokładnie określić ile kto ma lat. Minęły jednak czasy kiedy planowano przyjście na świat dziecka w określonym roku, choć podobno jeszcze w 1966 pod bardzo niekorzystnym i przynoszącym nieszczęście znaku Ognistego Konia urodziło się znacznie mniej małych Chińczyków. Bawół jednak to mądre i powściągliwe stworzenie. Urodzeni w latach 1937,1949,1961,1973,1985 oraz 1997 to podobno cierpliwi, dobrzy i wyjątkowo pracowici ludzie. Taki ma być i rok 2009 spokojny, bez większych kryzysów i przynoszący materialne korzyści. Czego życzę Państwo i sobie, innymi słowy: gong xi fa cai!